parcie na wirtualne wynurzenia i brak facebooka zmuszają mnie do żałosnych zwierzeń na łamach bloga. Sto siedemdziesiąt dni gdzieś pomiędzy Rio de Janeiro, Amazonią, górami, bezdrożami, bidą, nędzą, seksoholicznymi popaprańcami, lasami mglistymi, peruwiańskimi ludami górskimi, duchami, szamanami, pustyniami, oceanem, kaktusami, specyfikami, cieczmi i pyłami... wywołały u mnie taką pocieszną schizofrenię. Tu w krakowie na krześle siedzi sobie plec, ducha zaś zostawiła w wymienionym powyżej świecie. I ni chuja nie chce tego zmieniać, amen.
piątek
ameryka południowa, nie ma, że nie.
parcie na wirtualne wynurzenia i brak facebooka zmuszają mnie do żałosnych zwierzeń na łamach bloga. Sto siedemdziesiąt dni gdzieś pomiędzy Rio de Janeiro, Amazonią, górami, bezdrożami, bidą, nędzą, seksoholicznymi popaprańcami, lasami mglistymi, peruwiańskimi ludami górskimi, duchami, szamanami, pustyniami, oceanem, kaktusami, specyfikami, cieczmi i pyłami... wywołały u mnie taką pocieszną schizofrenię. Tu w krakowie na krześle siedzi sobie plec, ducha zaś zostawiła w wymienionym powyżej świecie. I ni chuja nie chce tego zmieniać, amen.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)